„I nie będzie już bólu”

Nie. To jeszcze nie mój czas. Żyję! Na przekór tym, którzy, gdy tu przybyłem, zapewniali mnie, że po dwóch, trzech tygodniach pracy w kamieniołomach, opuszczę to miejsce jako proch i smuga dymu, przez komin krematorium.

 

O nie, ja się nie poddam – powtarzam to sobie, odkąd wydrapałem na spodzie łóżka rzymską jedynkę oznaczającą pierwszy tydzień pobytu. Dlaczego jeszcze nie wyzionąłem ducha wśród głazów? Tego do końca nie wiem… Być może jest to wynik długoletniej pracy w tartaku mojego ojca, może też fakt, że fascynowały mnie wszystkie dziedziny sportu, w których mogłem wykazać się siłą i sprytem. Czasem myślę, że wszystko to, co martwiło mnie w tamtych czasach, nie było nawet preludium do mojej obecnej sytuacji. Chciałbym choć jeden raz móc zamknąć oczy tutaj, a otworzyć je tam, gdzie nie ma już śmierci. Ujrzeć polanę tak zieloną, której kolor i poszczególne źdźbła traw tworzyłyby rozległy, szumiący ocean. Chciałbym zamiast bladych twarzy leżących na bruku, patrzących zamglonymi oczyma, widzieć liczne, barwne kwiaty kołyszące się na wietrze. By zamiast potu i ciężkiego deszczu, czuć na twarzy błogie ciepło delikatnych i kojących promieni letniego słońca. Aby przeszywający nozdrza, duszący i wzbudzający mdłości, swąd krwi i ciał palonych lub leżących w gromadach, wyglądających jak stosy kości, zamienił się w świeży i orzeźwiający podmuch powietrza po deszczu. By nie wystrzały z broni, uderzenia prętami czy rzucanie z brzękiem ludźmi o drut kolczasty rozchodziły się wokół mnie, ale śpiew ptaków był mi osłodą dnia. Marzę o tym, aby przeszywający powietrze, żałosny i rozpaczliwy krzyk więźniów zastąpił śmiech – nie taki, jaki słyszę od ludzi z SS, gdy radośnie strzelają do nas lub rzucają nam jedzenie, patrząc, jak sami rozszarpujemy się na śmierć. Ujrzeć moją żonę i dzieci. Mieć świadomość, że nic im się nie stanie. By oni mieli pojęcie, że są bezpieczni. Bym nie musiał przypominać sobie chwil, kiedy powtarzałem im, że będzie dobrze, że to się skończy już niebawem. Pamiętam, jak przed trafieniem do obozu moja córeczka była zachwycona teatrem. Tyle tam zabawnych i rozmaitych przedstawień, ciekawie dobranych kolorystycznie scenografii, rekwizytów, aktorów w oryginalnych kostiumach i dziwnych, aczkolwiek przyjaźnie wyglądających kukiełek. Teraz wydaje mi się, że i ja występuję w teatrze. Głównie przez te wyprute z uczuć, wyzute z emocji, marionetki chorego przywódcy. Gdy pomyślę, że tymi rękoma, które niosą śmierć więźniom, ochlapywane są ich krwią, przesiąknięte dymem wrót krematorium… Tymi rękoma dzielą się chlebem z rodziną. Powtarzają swoje „role”, czyli komendy jak mantrę, czyszcząc swe nienaganne, sztuczne, idealnie dopasowane stroje, podczas gdy my z wygłodzenia wyglądamy jak wieszaki z prześcieradłami w pasy. Kolejne dni w kamieniołomie to następne ofiary ciężkich głazów. Kolejny zły krok to jeszcze jedna dusza do odstrzału. Kolejne skinienie głową kolegi z SS kończące się jedną z niezliczonych przechadzek do krematorium. Zmęczenie i ból fizyczny są tak wielkie, że nie jestem w stanie określić, czy już zasnąłem. Zewsząd dobiega mnie odgłos rozpaczy. Niektórzy na krótko wybuchają histerycznym płaczem, który po chwili dławią i słychać jedynie odgłos przełykanych łez. Inni kamuflują swoje rany i złamania przed kolejnym dniem pracy. Na próżno. Umieramy ze zmęczenia i głodu. Dla nas nawet ochlapany błotem kawałek chleba jest niczym manna z nieba. Wyobrażam sobie nieustannie, jak kiedyś te wspaniałe zapachy potraw, przygotowywanych przez moją mamę, roznosiły się po całym domu. Wcześniej chyba nie dostrzegałem tego, aż w taki sposób jak teraz, jak one cudownie smakowały. I ten chleb. Tak, chleb miał zapach i wspaniały smak. Chleb. Nigdy nie myślałem, jak bardzo można tęsknić za chlebem. Chcę, abym któregoś dnia mógł jeszcze raz poczuć prawdziwie jego smak. Bym na tej polanie, o której marzę, mógł usiąść i poczuć wolność zamiast dymu ciał, który okala mnie jak coś stałego, jak gęsta mgła.

Chcę przymknąć tam oczy i zasnąć. Ale najpierw muszę zakończyć życie tutaj. Na tym nędznym skrawku ziemi przesiąkniętym ludzką krzywdą, krwią, której przyczyną jest niepohamowana żądza mordu. Modlę się, bo ten koszmar musi się kiedyś skończyć. Na pewno ktoś, z teraźniejszych albo przyszłych więźniów tego obozu, przeżyje, aby móc opowiedzieć światu, co się tu wydarzyło. Do czego zdolny jest człowiek. Jak bardzo trzeba uważać na to, by nie stać się pustą marionetką w rękach jakiegoś szaleńca i jego chorej ideologii.

Praca Kaliny Bartosiewicz z kl. VII

laureatki  finału trzeciej edycji konkursu diecezjalnego

„KL Gross – Rosen (1941-1945). Ocalić od zapomnienia”. 


Zaloguj

Zaloguj się

Nazwa *
Hasło *
Zapamiętaj mnie
czerwiec 2018
P W Ś C Pt S N
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 1

Dzwonki

1. 08:15 - 09:00
2. 09:10 - 09:55
3. 10:05 - 10:50
4. 11:00 - 11:45
5. 12:00 - 12:45
6. 13:00 - 13:45
7. 13:50 - 14:35
8. 14:40 - 15:25

Nasze certyfikaty