Julia Dudek w ubiegłym roku brała udział w konkursie dolnośląskim "Porozmawiaj z babcią, zapytaj dziadka".

Opisała historię pewnej rodziny na podstawie wspomnień Pani Genowefy Glapsch. Niedawno jej praca ukazała się na łamach Gazety Wrocławskiej. To niewątpliwie duże wyróżnienie i sukces naszej uczennicy.

Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do przeczytania pracy Julii w wersji oryginalnej.

 

Kochana Siostro !

Tak o to opowiedziałam Ci moją historię. Musiałam się nią podzielić Piszę do Ciebie ten list, ponieważ tak dawno się nie widziałyśmy, a ja muszę z kimś porozmawiać. Wiesz przecież, że brat wyjechał, a ty mieszkasz aż 500 km ode mnie. Brakuje mi Ciebie i naszych wspólnych rozmów. Powiedz kochana, co tam słychać ? U mnie w porządku.

Opowiem Ci pewną historię, którą skrywałam od najmłodszych lat. Przeszłość jednak do mnie powróciła i pragnę się nią z Tobą podzielić. Był rok 1943. Z dolnego województwa lwowskiego w ramach repatriacji czyli wysiedlenia z Kresów Wschodnich jechaliśmy w wagonach bydlęcych do Wrocławia. Nie mogliśmy tam zostać, ponieważ Ukraińcy kazali nam wynosić się do Polski, iść tam, skąd pochodzimy. Przejazd trwał dwa tygodnie ze względu na to, że mosty były pozrywane, a drogi często nieprzejezdne. Zmierzaliśmy w stronę Bolesławca i granicy byłego NRD. Tam przebywaliśmy prawie rok. Wszystko było spustoszone. Część obiektów popadło w ruinę lub całkowicie się zawaliło. Żal było patrzeć na tak zniszczone miasto. Na gruzach pozostałości gdzieniegdzie widniały zabrudzone ubrania i przedmioty mieszkańców. W ostatnich tygodniach śni mi się wciąż ten sam powojenny krajobraz. Po roku pobytu na tamtych terenach ze względu na brak szkoły i możliwości do nauki musieliśmy się przenieść. Miałam wtedy 15 lat. Mój ojciec przeszedł 40 km pieszo torami do Bolesławca i w punkcie repatriacyjnym dostał przydział do Świebodzic. W tym czasie te tereny były administracyjnie podległe Rosjanom. Wrócił po nas i w roku 1946 wagonami bydlęcymi przenieśliśmy się do Świebodzic. Gdy tam dotarliśmy, zostaliśmy zakwaterowani w cztery rodziny w dużym majątku w Cierniach na ulicy Wodnej pod numerem 18. Dom był ogromny. Wchodziło się do niego przez wysokie, pozłacane drzwi frontowe, które prowadziły do długiego korytarza. Zanim udało nam się znaleźć właściwy numer, pod którym mieliśmy mieszkać, troszkę czasu minęło. Do tej pory pamiętam niecierpliwość ojca. Było sześć pomieszczeń. Od razu znalazłam dla siebie przytulny kącik. Kiedy weszłam do salonu, oślepił mnie blask dekoracji. Wszystko się mieniło srebrem i złotem. Na środku stała czarno-biała wersalka, a przed nią duży telewizor. Te pomieszczenie podobało mi się szczególnie. Kuchnia była niewielka, ale za to bardzo kolorowa. Łazienkę natomiast wykonano w greckim stylu, co dodawało jej uroku. Szybko udało nam się zaakceptować nowy dom. Byliśmy nim zafascynowani. Zresztą nie tylko my, ponieważ rodziny, które mieszkały obok nas, również. W tej chwili za tamtym domem znajduje się sklepik ,, Kogutek''. W 1950 roku zakładali kołchozy, do których mój ojciec nie chciał wstąpić, ponieważ bał się masowego terroru i śmiertelnego głodu, który groził pracownikom. Ludzie w kołchozach byli zmuszani do wyczerpujących prac w gospodarstwie, a ojciec miał coraz słabszy kręgosłup. Za karę usunęli go pod numer 20. i nałożyli wysokie podatki oraz nie przyznawali pomocy z Unry od Amerykanów. Ukraińcy zaczęli mordować coraz większą ilość Polaków. Udało nam się jednak przeżyć dzięki ojcu, który wśród nich nie miał wrogów. Szczególnie pamiętam jednak wizytę bandy ukraińskiej w naszym domu, podczas której o mało nie doszło do tragedii...

24 grudnia - Dzień Wigilii

- Dziękuję za te wszystkie wspaniałe prezenty - krzyknęłam z radości w stronę rodziców.

- To dla nas przyjemność, ale późno już córeczko jak dla ciebie, idź spać. Twój brat też zaraz się położy. - odpowiedział ojciec.

- Dobrze, już idę, tylko zgaszę lampki na choince. Kolorowych snów. Dobranoc.

30 minut później…

- Dziękuję za zaproszenie mnie na Wigilię, było bardzo miło spędzić z wami choć kilka godzin – rzekł brat.

- My również dziękujemy, że zagościłeś w naszych skromnych progach - odpowiedziała mama z uśmiechem.

- Prześpię się jeszcze dziś u was, a rano wracam do swojej wsi.

- Dobrze synku. Połóż się w salonie na wersalce.

- Nie ma sprawy. Do jutra mamo.

Godzina 22:20 ( pukanie w okna )

- Ktoś puka kochanie - z przerażeniem mama zwróciła się do taty.

- Nie bój się, ja pójdę, ten dźwięk dobiega zza okna w salonie.

Natychmiast tam pobiegłam. Schowałam się za wersalkę, na której spał mój brat.

- Otwierać ! Bo wyważymy drzwi ! - słychać było głos banderowców.

- Ciiiiiii, to banda Ukraińców – uciszał nas tato. Łzy same spływały mi po policzkach.

- 3,2,1- słyszałam tylko wyliczankę. Po dłuższej chwili ciszy zdawało mi się, jakby coś wleciało przez okno. Skierowałam wzrok na brata i nagle zauważyłam, że obok niego leży granat. Byłam przerażona. Impulsywnie chwyciłam go za rękę i wybiegliśmy z salonu na ganek. Brat przebudził się: - Co się dzieje ?! Lecz wtedy już cały nasz dom stanął w płomieniach i słychać było przerażający, głośny huk. Moi rodzice spojrzeli na mnie i rzekli: - Uratowałaś swojego brata jesteś bohaterką, gdyby nie ty … Wszyscy zaczęliśmy płakać, a brat uścisnął mnie mocno. Z naszego dobytku pozostały tylko drzwi frontowe, na których widniała kartka: ,,Za 24 godziny macie się wynosić z Ukrainy”. Wyjechaliśmy na zachód.

Ten strach i lęk o życie towarzyszy mi do dziś. ( np. gdy ktoś stuka w okno w myślach wyobrażam sobie, że to banderowcy chcą się dostać do domu ). W Świebodzicach założyliśmy rodziny i żyjemy do dziś dnia. Życie powojenne było bardzo ciężkie, brakowało wielu rzeczy. Tęsknota za ojczystym domem w dawnym województwie lwowskim we wsi Chłopówka obok miasta Chorostków towarzyszy mi w codziennym życiu. Na początku w moim rodzinnym mieście wybudowano zamek, następnie linie kolejową Tarnopol-Czortków. W tej chwili natomiast jest to ośrodek przemysłu spożywczego, a na miejscu, w którym mieszkałam przez tyle lat powstała fabryka. Jest mi żal, niby zwykły budynek, a jednak posiada ogromną wartość. Myślę, że go pamiętasz, bo raz do mnie przyjechałaś i bawiłyśmy się na podwórku, obecnym parkingu. Może nie ma już w rzeczywistości mojego świata, w którym się wychowywałam, ale na zawsze pozostanie on w mojej pamięci jako piękne wspomnienie. Ciężkie były wtedy warunki życia w gospodarstwie, ponieważ nakładano wysokie podatki i trzeba było oddawać tzw. kontygenty czyli określoną obowiązkową daninę w postaci płodów rolnych i żywca. Ogólny cel polityczny miał za zadanie zmusić rolników do pracy w kołchozach. Niektórym udało się tego uniknąć, między innymi mojemu ojcu, ponieważ umiał się sprzeciwić i powiedzieć zdecydowanie ,,nie”. Czasy powojenne powróciły do mnie. Do tej pory na ulicy Aleje Lipowe pod chodnikiem leżą zabici przez Polaków Rosjanie, którzy okradali, grabili, napadali…

P.S.: Mam dla Ciebie radę Kochana Siostrzyczko. Jeśli czas przypomni w końcu o sobie, to nie próbuj go odganiać i staw mu czoła, bo będzie pukał do twych drzwi, dopóki mu nie otworzysz. Pozdrawiam, do zobaczenia.

Genowefa

Praca na podstawie historii Pani Genowefy Glapsch i jej rodziny.

Julia Dudek


Zaloguj

Zaloguj się

Nazwa *
Hasło *
Zapamiętaj mnie
maj 2018
P W Ś C Pt S N
30 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3

Dzwonki

1. 08:15 - 09:00
2. 09:10 - 09:55
3. 10:05 - 10:50
4. 11:00 - 11:45
5. 12:00 - 12:45
6. 13:00 - 13:45
7. 13:50 - 14:35
8. 14:40 - 15:25

Nasze certyfikaty